Hu hu ha

Skandynawia inspiruje

Lubimy skandynawski styl, jego prostotę, funkcjonalność, minimalizm. Inspiruje nas nieskomplikowane, przejrzyste wzornictwo, stonowana kolorystyka, naturalne drewno. Za komodę projektu Arne Vodder’a zapłacimy kilka tysięcy złotych; szukając wersji ekonomicznej, skierujemy swe kroki ku szwedzkiej Ikei.

Na naszych minimalistycznych, szarych sofach, zgodnie z coraz popularniejszym i błogo przemawiającym do nas konceptem hygge, ochoczo zatapiamy się w literaturę Stiega Larssona czy Camilli Läckberg.

Podziwiamy Skandynawów za socjal, brak biurokracji, zdrowe podejście do kariery, dbałość o środowisko, zdrową dietę. Finom zazdrościmy systemu edukacji czy leśnych przedszkoli. Doceniamy skandynawską pro-dziecięcość widoczną na każdym kroku w instytucjach państwowych, służbie zdrowia czy transporcie publicznym. I ja nie jestem wyjątkiem. Na mnie też robi to wszystko wrażenie. Lecz kiedy zwiedzam okoliczne, październikowe, mocno opustoszałe, place zabaw, wydaje mi się, że na zdrowie wyszłaby nam jednak jeszcze jedna fascynacja.

Wychowaliśmy się w kraju, w którym zadbane dziecko to po pierwsze dziecko mocno pulchne. „Dobrze wygląda” to przecież określenie dziecka co najmniej korpulentnego, pyzatego. Po drugie, szczególnie w sezonie jesienno-zimowym, dziecko zadbane, to solidnie ubrane. I jeśli w ogóle zechce nam się wyjść z juniorem na dwór w tę okropną pogodę (jak ja rozumiem ten ból, przecież i mój ulubiony sport zimowy to koc, herbata i książka!) to w swym przyodziewku, młode jest zazwyczaj gotowe na powtórkę zimy 1979. I niczym zdaje się fakt, że gołym okiem widać jak z roku na rok zimy jednak coraz łagodniejsze i krótsze, dni z temperaturami ujemnymi coraz mniej, a śniegu jak na lekarstwo. Jeszcze październik się dobrze nie rozhulał, a w garderobiany ruch poszły czapy, puchówki, kozaki. (No, rzucać kamieniem pierwsza nie będę, Mała Jot w cienką bo cienką, ale jednak czapkę wyposażona została już z tydzień temu, a dopiero co nabyte, i już używane, jesienny buty i w styczniu pewnie się zdadzą.)  I odwieczna w naszej szerokości geograficzno-mentalnej zasada „na cebulkę”. I jeszcze ta „ ubrać juniora w jedną lub dwie warstwy więcej niż siebie”.  A junior?

A junior, jeśli już wyjdzie z nami w taką pogodę na dwór, to przecież na tym placu zabaw eksploruje, walczy z grawitacją, bije concordowe rekordy prędkości w bieganiu, przysiada i podnosi się do galopu z częstotliwością pracy igły sejsmograficznej tuż przed niezłymi płyt tektonicznych ruchami. I nie tylko chodzi o to, że trudno to wszystko wykonywać w skafandrze Michelin’a. Ale o to, że podczas gdy my przestępujemy z nogi na nogę, wykrzykując ostrzeżenia w stronę Szalejącego Wulkanu Energii, to nasz kilkulatek pracuje jak lokomotywa, spala energię, tworzy ciepło. Kolejne warstwy „cebulki” szybko wilgotnieją, a potem błyskawiczne wychłodzenie podczas odpoczynku czy powrotnego spaceru do domu, otwiera furtkę wszelkim wirusom, łasym na zziębnięte ciałko umęczonego, małego zdobywcy.

I co ma do tego znowu Skandynawia? Ano ma. Skandynawskie dzieci latem po dworze biegają bez butów, jesienią i zimą w rozpiętych kurtkach i z gołymi szyjami. Zaopatrzone w lekkie przeciwdeszczowe ubranie i obuwie po parę godzin dziennie, niezależnie od deszczu, śniegu, pluchy, spędzają na drzewach, płotach, w błotach i kałużach. Czapki i rękawiczki nie są nieodzowne. Jaki tego efekt? Zahartowanie. Stopniowe przyzwyczajanie młodego organizmu do niskich temperatur przynosi w efekcie mniej chorób i łatwiejsze znoszenie zmiany pogody. Codzienne spacery, także w chłodne i zimne dni, trenują układ odpornościowy. Jego kształtowanie trwa długie lata i dobrze dać mu szansę, właśnie poprzez hartowanie, na nauczenie się rozpoznawania i radzenia sobie z możliwie dużą ilością drobnoustrojów chorobotwórczych. I dobrze wiem co piszę, pociągająca nosem od trzech tygodni ofiara systemu „Bez czapki nie wyjdziesz”.

Oczywiście nie tylko regularny ruch na świeżym powietrzu we wdzianku nieprzypominającym to Pi czy Sigmy pozwoli nam budować odporność naszej latorośli. Odpowiednia ilość snu (tak, amerykańscy naukowcy wypowiedzieli się i w tej kwestii, i orzekli, że 3-5latek powinien spać 10 do 13 godzin dziennie), solidny wypoczynek, zrównoważona dieta bogata  w naturalne probiotyki, np. kiszonki; poczucie akceptacji i bezpieczeństwa to powtarzane w rodzicielskich poradnikach jak mantra, elementy, które stanowią podstawę budowania systemu immunologicznego małego człowieka.

I wystawiam sobie cztery z plusem do mojego rodzicielskiego dzienniczka za immunizowanie Małej Jot wspomnianymi wyżej metodami, ale na ten sezon stawiam sobie jeden, główny cel.  Chcę być twarda jak Szwed, Norweg, Duńczyk czy Fin, schować swe wszystkie „uważaj” głęboko do kieszeni zimowego płaszcza, wyposażyć się w ten północny luz i zgodę na jesienno-zimową, eksploracyjną wolność mojej potomkini, wypędzić ją na place zabaw widma, rozdziać z puchowej kapotki i pozwolić być zdrową, szczęśliwą, aktywną. The Scandinavian way.